czwartek, 22 listopada 2012

02. O próbie zebrania sił

Z góry mówię, że nie jestem do końca zadowolona z tego rozdziału. Po prostu wiem, że stać mnie na więcej. Ale przejdźmy do rzeczy. Jeśli ktoś chce być powiadamiany o nowych rozdziałach pisze na GG - 41031765 . Założyłam także fanpage opowiadania na facebooku - fanpage 
I umówmy się : 8 komentarzy -> kolejny rozdział szybciej : )

Sierpień 2012, Paryż, Francja
Każdy czasem potrzebuje chwili wytchnienia, ucieczki od wszystkich kłopotów. Niektórzy zaszywają się w zaciszu domu z książką i kubkiem gorącego kakao. Inni robią to samo, ale w innym kraju, wśród obcokrajowców, bez przyjaciół, bez rodziny. To była spontaniczna decyzja. Pragnęłam tylko oderwać się od szarej codzienności, zrobić coś innego, nietypowego. Ten pomysł przyszedł nagle, podczas kolejnej bezsennej nocy. Po prostu zerwałam się z łóżka, napisałam do Katie wiadomość krótko objaśniając swoje zamiary i zaczęłam wrzucać do walizki wszystko, co uważałam przydatne za granicą. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, gdzie mnie poniesie.

Kto spodziewałby się, że rano, wkraczając na lotnisko bez zastanowienia kupię bilet do Francji. Po prostu zrobiłam to, co jako pierwsze przyszło mi do głowy.  Ktoś mógłby zarzucić mi, że robię to samo, co Styles. Nie. Różnica pomiędzy nami była taka, że ja zamierzałam wrócić.

Jestem pewna, że większość osób w moim wieku wykorzystałaby czas spędzony w obcym mieście na imprezach do późnych godzin nocnych. Jednak nie ja. Mi chodziło tylko o to, by choć na chwilę uciec od problemów i nabrać siły, by potem móc się z nimi zmierzyć. Kilka pierwszych dni spędziłam na czytaniu książek w pokoju hotelowym lub po prostu wpatrując się w okno, z którego było widać tysiące małych światełek oświetlających stolicę. 

W końcu zdecydowałam się na wyjście z pokoju. Byłoby wręcz głupotą być tam i nie przejść się chociaż tamtejszymi uliczkami. W ciągu dwóch dni odwiedziłam wszystkie piękne miejsca, które był w stanie zaoferować mi Paryż. Zaczynając od Katedry Notre Dame, przez Luwr, Cmentarz Pere Lachaise, Ogród Luksemburski, Montmartre, kończąc na Wieży Eiffla. 

Nigdy nie umiałam zachwycać się Tour The Eiffel. Ludzie zapewniali, że jest piękna, jednak ja nigdy nie czułam tej atmosfery, aż do tej pory. Tak, była niesamowita, jedyna w swoim rodzaju, jednak moje serce od kilku lat należy do londyńskiego Big Bena. 


Tego dnia byłam pewna, że widziałam już wszystko, co najpiękniejsze w tej części Francji. Myliłam się. Gdy kierowałam się już spod Wieży Eiffla do hotelu, wokół zrobił się wielki szum. Nagle wszyscy obecni zwarli się w ciasny krąg, jakby zobaczyli samego Boga i chcieli go otoczyć, by ich nie opuścił. Krzyki. Piski. Wrzaski. Setki oczu skierowane w jedną stronę. A w tym wszystkim te piękne wyjątkowe patrzące w zupełnie innym kierunku. Na mnie. Czysty błękit. Nie był to odcień lodu. Wyglądały jak ocean, w którym można utopić się za pierwszym spojrzeniem. Jakby ich właściciel za ich pomocą chciał wylać na zewnątrz wszystkie swoje pozytywne emocje. Wtedy wydawało mi się, że to właśnie te tęczówki będzie mi dane zapamiętam na dłużej,  mimo, że nawet nie znałam ich właściciela.


Ostatni dzień pobytu we Francji
Stolica pachniała croissantami i mocnym espresso, szczególnie o poranku. Ludzie zapełniali powoli wąskie uliczki, a ja pragnęłam tylko dotrzeć do Bois de Boulogne. Ostatni dzień pozbawiony jakichkolwiek zmartwień uczciłam wczesną pobudką z nadzieją, że uda mi się w końcu wykonać szkic na którym tak bardzo zależało Katie. Zaznaczyła, że chce go umieścić na  ścianie w salonie, w naszym nowym, wspólnym mieszkaniu w Londynie, więc najzwyczajniej w świecie nie miałam wyboru. Ludzie odkąd pamiętam chwalili mnie za talent, którego ja nie dostrzegałam.

Powrót do domu ze skończonym rysunkiem okazał się nie lada wyzwaniem. Wsunęłam spory zeszyt pod pachę i  przemknęłam przez tłum turystów, którzy wlepiali we mnie ciekawskie spojrzenia. Po krótkiej chwili marszu znalazłam się tuż przed swoim hotelem. Pokonałam spory hol i weszłam do swojego pokoju. Rzuciłam szkicownik na pościelone łóżko i ukucnęłam przy nim, by dokończyć pakowanie. Ten wyjazd był taki spontaniczny. Miałam jednak już plany. Wspólne mieszkanie w Londynie wraz z Katie i Natashą. Miałam nadzieję, że stolica Wielkiej Brytanii rozkocha mnie w sobie bez pamięci, jeszcze bardziej niż ostatnim razem. Wprawdzie wychowałam się w Anglii, ale moje małe miasteczko bardzo różniło się od stolicy, w której byłam tylko raz. Razem z nim. Mimo uroku, który Paryż niezaprzeczalnie posiadał, nie mogłabym tutaj zostać na dłużej. Czułam się jakby Francja odrobinę mnie ograniczała. Lubiłam rysować i kochałam pisać. Robiłam to wszystko dla przyjemności. A także odprężenia, wyładowania nerwów, gdy wspominałam o nim. Ale mimo wszystko nigdy nie czułam się artystką, a już na pewno nie tutaj. Tu każdy był taki jak ja. Przykuty do sztuki, czasem nawet na siłę. Może Londyn pomoże mi odnaleźć prawdziwą siebie?

Tylko noc dzieliła mnie od powrotu do starego życia. Siedziałam na parapecie zaciągając się dymem ściskanego między wargami papierosa.  Pierwszy raz od bardzo dawna bałam się, że moja osobowość będzie mi wrogiem. Nie przywiązywałam wagi do tego, co myśleli i mówili o mnie ludzie. A teraz wszystko mogło się zmienić. Odkąd pamiętam całymi dniami udawałam silną, niezależną. Wieczorami jednak uwalniałam emocje. Zdawać by się mogło, że mam dwa wcielenia. Jedno publiczne, na pokaz. Drugie, osobiste. Tylko przed samą sobą byłam zdolna przyznać, że jestem po prostu psychicznie słaba.

 Budzik postawił mnie na nogi kilka minut po szóstej. Ciepłe powietrze zakołysało jasnymi firankami w otwartym oknie. Podniosłam się i bez zastanowienia odpaliłam pierwszego tego dnia papierosa. Podeszłam do okna i spojrzałam na skąpany w subtelnej mgle Paryż. Emanował nieopisaną świeżością, kąciki moich warg uniosły się jak gdyby mechanicznie. Przez moją głowę szybko przeleciała myśl, by zostać tu na zawsze i  móc być po prostu sobą, bez udawania, bez zakładania zbędnej maski, jednak była zbyt ulotna, by zawładnąć mną na dłużej. Czemu nie potrafię być sobą tam, w Anglii, w miejscu, które tak bardzo kocham?

Po upewnieniu się, że zabrałam wszystko, co niezbędne i dość przeciągłym pożegnaniu z widokiem z okna, podczas którego bez łez niestety się nie obyło, wsiadłam do taksówki, by dojechać na lotnisko na czas. Paryż pożegnał mnie deszczem. Będę tęsknić, żegnajcie niebieskie tęczówki. 


sobota, 10 listopada 2012

01.O rozdrapywaniu ran.


Życie pisze nam zawiłe scenariusze, ale to zawsze my mamy główną rolę i decydujemy jak spektakl zostanie zagrany. Przez cały czas popełniamy błędy, ale każdy z nich czegoś nas uczy. Nie przechodzić na czerwonym świetle, nie kłamać, nie wyśmiewać. A przede wszystkim nie ufać komuś, kto prędzej, czy później może nas skrzywdzić. 

Czerwiec 2007r., Holmes Chapel, Wielka Brytania

Cała historia zaczyna się, gdy wszyscy mamy nieco ponad 10 lat. Czwórka nierozłącznych przyjaciół. Całe dnie spędzamy w parku na beztroskich zabawach. Harry, chłopiec o ciemnych, kręconych włosach, lśniących, zielonych oczach i słodkim, choć figlarnym uśmiechu. Pochodzący z dobrej, bogatej i szanowanej rodziny. Katie, krwistoczerwone włosy, czekoladowe oczy. Od dziecka miała pozwolone na wszystko, ale mimo tego nigdy nie zachowywała się jak rozwydrzony bachor. Jej siostra Natasha zawsze była dla nas podporą. Pomagała, gdy rodzice nie mieli w grafiku czasu na uczucia. I ja. Ciemne włosy, błękitne tęczówki. Od urodzenia byłam wychowywana przez surową ciocię. Praktycznie nie mieliśmy ze sobą nic wspólnego, ale teoretycznie byliśmy tacy sami. Mieliśmy swój własny, wyimaginowany świat. Wtedy jeszcze myśleliśmy, że nikt, ani nic nie jest w stanie nas rozdzielić. Cóż, nic bardziej mylnego.

Lipiec 2010r., Londyn, Wielka Brytania

Wszyscy powoli dorastamy. Imprezy, alkohol, ale nadal trzymamy się razem. Wyjeżdżamy na wakacje do ciotki Harry'ego. Patrząc na to z perspektywy czasu wydaje mi się, a nawet jestem tego pewna. Nie powinnyśmy iść z nim na ten casting. Gdyby nie ten pomysł, może i umieralibyśmy z nudów w staroświeckim domu pani Styles, ale pewnie nadal bylibyśmy razem. Poznajemy 4 chłopaków. Od samego początku jakoś mnie do siebie nie przekonali. Natomiast Harry był w nich ślepo zapatrzony. Potem już wszystko toczy się szybko, a może nawet za szybko. To, co dla niego było szczęściem, stało się naszym przekleństwem. Próby, lekcje śpiewu, kolejne etapy konkursu, aż w końcu kontrakt. Wtedy było już za późno na jakikolwiek protest. Dotychczasowa przyjacielska sielanka kończy się z dniem, gdy Harry Edward Styles wraz z 4 swoich nowych, lepszych przyjaciół wyrusza w trasę koncertową, tym samym ostatecznie zrywając kontakt ze mną, Katie i Natashą.

Sierpień 2012r., Holmes Chapel, Wielka Brytania

Siedziałam przy biurku malując paznokcie. Z radia, które stało obok dobiegały kojące dźwięki. Do czasu, aż odezwał się spiker: "A teraz panie i panowie! W swojej nowej piosence, Little Things, najpopularniejszy boyband świata ! One Direction!". Westchnęłam głośno. Wszystkie wspomnienia wróciły. Wrażliwość wzięła górę nad rozsądkiem, a z moich oczu popłynęły łzy. Otarłam je pospiesznie. Już dawno obiecałam sobie, że nie będę płakać. Nigdy, przez nikogo. A tym bardziej przez kogoś, kto po prostu nie był wart mojej przyjaźni. Wstałam od biurka wyjmując z szuflady paczkę papierosów i granatową zapalniczkę. Od ponad 2 lat nałóg był jedyną ucieczką od wspomnień. Wyszłam na balkon, było już ciemno. Ostrożnie odpaliłam papierosa i zaciągnęłam się mocno czekając aż nikotyna wypełni moje płuca i uspokoi rozszalałe zmysły. To nie tak, ze to lubiłam. Było wprost odwrotnie, nienawidziłam swojego nałogu. Po prostu to dawało mi spokój, jakby wszelkie złe wspomnienia i zbędne emocje opuszczały mój organizm wraz z ostatnim wydechem trującego dymu. Zagasiłam niedopałek na parapecie i rzuciłam na ziemię. Mimo, że było strasznie zimno, a ja miałam na sobie tylko spodenki i luźną koszulkę, postanowiłam tam zostać.

Sama nie wiedziałam, czy winić za to wszystko Harry'ego, tamtych chłopaków, czy może samą siebie. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że nawet nie znam imion nowych przyjaciół Stylesa, żadnej ich piosenki, nic. Zawsze, gdy tylko o nich słyszałam, robiłam wszystko, by tylko od tego uciec. Na początku myślałam, że siostry przeżyją to gorzej, ale po nich to wszystko po prostu spłynęło. Stwierdziły, że tak musiało być i żyły dalej. Może i dobrze? Tym razem to ja byłam tą, która bezsensownie rozdrapywała rany. To ja nigdy nie umiałam do końca zapomnieć.

 Drżącą z zimna i zdenerwowania dłonią otarłam kolejną falę łez. Ciężko jest patrzeć jak odchodzi ktoś, kto znaczył dla nas tak wiele. Jak z dnia na dzień coraz bardziej się od siebie odsuwamy. Jak zamiast smsa na dzień dobry wita nas budzik, którego tak bardzo nie znosimy. Ciężko jest żyć ze świadomością, że już nie jesteśmy dla siebie dostatecznie ważni. Nie rozmawiamy do późna jak kiedyś. Stajemy się dla siebie coraz bardziej obcy, już się nie znamy, a pamiątką po naszej znajomości są tylko wspomnienia, których tak trudno jest się pozbyć.

Tak cholernie przykro jest patrzeć jak ludzie zmieniają się pod wpływem innych i gubią to ciepło, którym kiedyś emanowali. Teraz Harry zdawał się być równie sztuczny, jak ludzie, przed którymi kiedyś sami się wystrzegaliśmy.  Kolejny podmuch lodowatego wiatru zmusił mnie do powrotu do pokoju. Położyłam się na łóżku i szczelnie opatuliłam kołdrą swoje przemarznięte ciało.

I jeśli on jeszcze kiedykolwiek za mną zatęskni, niech pamięta, że to on odsunął mnie na bok. Zacisnęłam mocno powieki, byleby tylko uciec od bolesnych wspomnień. Ile jeszcze razy zasnę z tą myślą, że nie tak miało być?





00. Clock

Zegar nieustannie tykał, przypominając jej o czasie, który nie zważając na nic, zwyczajnie upływał - galopował na przód niczym stado dzikich koni wypuszczonych na wolność. Ani razu nie zatrzymując się, ani chociażby spoglądając w tył. Sunęła przed siebie zbyt szybko. Zbyt nachalnie. Zbyt boleśnie i brutalnie. 

Wciąż pędziła przed siebie nie zważając na nikogo, ani na nic. Stawiała swoje kroki zbyt pewnie. Zawsze była zbyt pewna swojej wygranej. 

Jednego dnia cały jej świat legł w gruzach, pozostawiając po sobie tumany niewidzialnego kurzu, który ciężko osiada w płucach. Czy teraz doceni to, co najważniejsze?

A zegar nadal tyka i nie może spojrzeć wstecz. Tik-tak. Tik-tak. Nadszedł czas, by dostrzec więcej niż inni. Ale, czy nie będzie za późno? Tik-tak. Tik-tak.